piszemy o katowicach. jeśli tu mieszkasz lub bywasz, nie czytając nas popełniasz błąd.

OFF Festival 2011 – krótkie podsumowanie

Skończył się festiwal, który z miejsca stał się jednym z najciekawszych wydarzeń w letnim harmonogramie miasta. Zresztą może nie tylko letnim. Z roku na rok coraz większy widać w OFFie potencjał, a mimo, że Katowice goszczą go dopiero drugi rok, trudno mi sobie wyobrazić, że w przyszłości tego eventu tutaj nie będzie. Dla mnie to święto nie tylko muzyczne, ale i regionalne – a hasło „Alternatywna Stolica Kultury” jeszcze nigdy nie było tak aktualne, jak w miniony weekend.

Czwartek dawał już pewien przedsmak festiwalowej atmosfery. Szczęśliwcy, którzy dostali bilet na Current 93, mogli trochę wcześniej niż inni skosztować kawałka muzycznego tortu, którym częstowali organizatorzy. W centrum miasta i w okolicach Doliny Trzech Stawów widać już było pierwszych festiwalowiczów. Odwiedzili też Mariacką wieczorową porą, gdzie słuchacze mieszali się z muzykami, a tło stanowiły miejskie menele. A to jeden spijał ostatki z butelek i zagadywał grupki ludzi (którzy oczywiście po polsku nie byli w stanie powiedzieć nawet ‘spadaj’), a to inny się darł „Katowice bawią się!”, a to kolejny zgrabnym skokiem przez betonowy murek (porażającej wysokości 30 cm), potknął się i strzaskał szklany blat stołu jednego z pubów. Brawo.

Tutaj zresztą pojawia się pytanie: czemu nikt nie zorganizował poważnego before party, np. na Mariackiej? Były jakieś skromne próby zaproszenia ludzi do poszczególnych klubów/pubów/restauracji, ale nie do końca się to sprawdziło. Masa ludzi przyjechała do Katowic o jeden dzień wcześniej, i większość z nich żądna była czegoś na rozruszanie. Od znajomych z Holandii, Belgii, Australii czy Niemiec słyszałem ciągłe „Jest gdzieś bifor?”. A potem „Czemu na tej ulicy dzisiaj jest tak cicho?”. Ludzie przychodzili, widzieli pustki, ciszę i wracali. Ja tylko mogłem rozkładać przed nimi ręce.

W czwartek można już było pofestiwalować pełną gębą. Na Muchowcu przywitał nas upał i całkiem przyjemne miasteczko festiwalowe. Trochę nawet za przyjemne, bo jak rozłożyłem się z piwem na leżaku, to przegapiłem jeden z interesujących mnie koncertów. Trzeba to powiedzieć wyraźnie: organizacja była naprawdę pierwszej klasy. Poza małymi incydentami z prądem, właściwie wszystko chodziło jak w szwajcarskim zegarku. Po pierwsze – brak jakichkolwiek kolejek. Czy to po bony, czy do toalety, czy po piwo. Miejsca do siedzenia starczyło dla wszystkich i tylko niedzielne urwanie chmury zaowocowało ciasnotą. Merch może bez rewelacji, ale to szczegół.

No i koncerty. A te naprawdę dały radę. Ominął mnie, ponoć rewelacyjny, L.Stadt, ale przybyłem na pociesznego Janerkę. Sceny open air wypełniły z powodzeniem Warpaint i bardzo przyjemne Junior Boys, ale ciekawiej się działo chyba w namiotach. W jednym powstała prawdziwa sauna, za sprawą tłumów jakie zgromadził bardzo dobry występ Glasser. W drugim można było odpocząć od ludzi, ale na pewno nie od muzyki. Awangardowy AIDS Wolf zaciągnął pod sceną garstkę, a zostawił po sobie jeszcze mniej. Muzyka kanadyjskiego tria brzmiała jak ‘Jarboe i Masami Akita ćpają i słuchają na przemian Zappy i Ornette’a Colemana’. Podkreślam, ćpają. Czyli, że to wszystko nie jest aż takie dobre jak brzmi, ale na pewno interesujące. I dość ekstremalne.

Ominął mnie świetnie recenzowany przez znajomych koncert Matthew Dear, za to nie ominęła czarna owca Leśnej Sceny – Meshuggah. Wszystko poszło zgodnie z oczekiwaniami – ci, którzy do muzyki Szwedów byli, choćby teoretycznie, nastawieni sceptycznie, raczej swojego zdania nie zmienili. Dla tych po drugiej stronie barykady był to pewnie jeden z koncertów festiwalu. Precyzyjny, matematyczny, chłodny i wyrachowany metal Thordendala i spółki zrzucał samoloty z nieba.

Dzień powoli kończył szałowy Jon Spencer Blues Explosion i egzotyczny Omar Souleyman, którego rozrywkowa nuta ściągnęła do namiotu tłumy. Nieco oczekiwany przeze mnie Mogwai, nudził na tyle, że uznałem pierwszy dzień za zamknięty i udałem się do domu. Swoją drogą, taksówkarze tego weekendu byli wyjątkowo rozpieszczeni, co odbiło się na jakości ich usług. Mówiąc mało dosadnie.

Drugi dzień przebiegał nieco pod znakiem obawy przed nadchodzącymi chmurami i lekką paniką w związku z pierwszymi kroplami deszczu. Na szczęście te pierwsze okazały się też ostatnimi, a sobota okazała się dniem bardzo udanym. Publiczność rozruszało skoczne D4D, a wyczekiwany Dry The River wprowadził w przestrzeń Muchowca trochę nowoczesnego folkloru. Rozczarowany topornym Male Bonding, udałem się sprawdzić Blonde Redhead, co wynagrodziło mi zawód poprzednikami. Bardzo fajny występ. Przełożone Polvo dało mi pretekst do chill-outu na trawie, przy jedzeniu i piwie. W tym piknikowym nastroju wysłuchałem zabawnego i pełnego sentymentu występu Kur, który pokazał, że OFFową publiczność rozruszać może nie tylko nowoczesna elektronika, ale też Disco Polo. To był dobry podkład pod obiad, taki z uśmiechem. Neon Indian podzielił mnie z resztą grupy – nie podobało mi się. Dlatego uciekłem rozmyślać o egzystencji i dobrej wódce przy Barn Owl. Gitarowy Duet okazał się być tyle zaskakujący, co dobry. Zawołany na klopsztangę, zamiast poirytować się przy GaBLe, posłuchałem staruszków z Gang Of Four. I było git. Co prawda trociny wymieszane z deszczem dawały dość specyficzny zapach, ale miejsce spotkań było urocze. Koncert zresztą też.

Gdzieś w-miedzy-czasie zauważyłem czerwony namiot, obok merchu, z napisem „Church”. Przed nim grupka ludzi, a pod nim show. Najbardziej kameralny show festiwalu, ale jaki dobry! Gość na leżaku – kto widział, ten wie – mistrz.

Powróciłem do namiotu eksperymentalnego na Xiu Xiu, którzy z kawałka na kawałek wydawali się lepsi. Ale to nieważne, bo zaraz na scenie głównej miał odbyć się najbardziej wyczekiwany przeze mnie występ – Screamadelica. Ustawiwszy się między pijanymi anglikami a szalonymi dziewczętami, wyczekiwałem na pierwsze dźwięki ‘Movin’ On Up’. I się doczekałem. Pisząc krótko: najlepszy występ festiwalu. Kto był, widział – kogo nie było, ma pecha. Wysoki poziom. Na dokładkę orzeźwił mnie Dan Deacon, czyli był to bardzo dobry pocałunek na dobranoc.

W niedzielę zjawiłem się w porze największej burzy. Kiedy doszedłem do strefy gastronomicznej myślałem, że jestem cały mokry – myliłem się. Cały mokry byłem 10 minut później, kiedy woda skumulowana na parasolu wylała mi się na głowę. Zabawna to była scena. Siedziałem wciśnięty między ludzi jak sardynka, do oczu chlapała mi woda wyskakująca z kubka gromadzącego krople z dachu, z każdym grzmotem ludzie bili brawo, a przy większym podmuchu wiatru krzyczeli „Artur Rojek! Artur Rojek!”. WTF?!

Abradab z setem K44 został przełożony, także deszcz miałem w dupie, bo oczekiwałem na występ w namiocie – Liturgy. Groteskowy zespół. Chłopaki grając rasowy nowojorski black metal, wyglądają jak statyści z Władcy Pierścieni. Zwłaszcza wokalista, o twarzy dziecka, z warkoczami. Ale cóż, black metalowcy też ludzie, i jak było później widać, lubią pierogi. Po zmroku klasę pokazali amerykanie z Liars i trendstetterka Anna Calvi. Po tej drugiej, trójkowy namiot prezydencji wypełnił po brzegi Twin Shadow, dając typowy ale bardzo przebojowy koncert. No i niestety zaczęło padać.

Stojąc pod wierzbą, z kroplami spływającymi po karku i plecach, oglądałem Ariela Pink ze swoim Haunted Graffiti. Było warto, przynajmniej do połowy. Sytuacja zmusiła mnie do opuszczenia terenu festiwalu, ale te kilka pierwszych kawałków dawało radę. Ekscentryczny, nieco narcystyczny wizerunek sceniczny wokalisty dodaje temu wszystkiemu uroku, a „Round and Round” zagrane w strugach deszczu było wręcz magiczne. Już po koncercie słyszałem jak mijający mnie ludzie nucili sobie pod nosem fragment „[…]Hold on, i’m calling, calling back to the Bowl […]”. Public Image Ltd słyszałem już tylko z oddali.

Podsumowując – było świetnie. Kupując bilet na trzy dni, miałem pewne wątpliwości. Już nigdy ich nie będę miał. Wychodząc w niedzielną noc z lotniska na Muchowcu, zmęczony, nieco pijany, cały mokry i brudny, z dwoma bonami w ręku, było mi żal, że jutro tam nie wrócę. Że Primal Scream, Haunted Graffiti, Blonde Redhead  czy Dan Deacon będę słyszał już tylko z głośników wieży; że w przyszły weekend, jeśli pogoda dopisze, Muchowiec znów będzie polem dla rodzin z dziećmi i rowerzystów,  a całe małe miasto w mieście zniknie. To był jeden z najfajniejszych weekendów od dawna. Gdyby takie zaplecze, takie miejsce jak OFFowa strefa gastronomiczna, lub chociaż jej namiastka, znajdowały się na Trzech Stawach przez całe lato… Byłoby pięknie. A teraz? Teraz wypada czekać na Tauron i życzyć sobie równie dobrze spędzonego czasu. To był świetny festiwal.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Connecting to %s